Przekład: Jan Zakrzewski, Ewa Krasnodębska, Wydawnictwo Alfa, liczba stron: 328, rok wydania 1994.

Robert Luczak – poeta, redaktor, intelektualista – dostaje propozycje, by w Kalkucie spotkać się z Des’em – poetą, który zaginął osiem lat wcześniej, a teraz ponoć pojawiły się jego nowe poematy. Robert długo się nie namyśla. Wraz z żoną (z pochodzenia Hinduską) i ośmiomiesięczną córką leci do Kalkuty. Nie spodziewa się zupełnie, że jego romantyczne wyobrażenia nijak nie przystają do rzeczywistości. Bardzo szybko nasi bohaterowie znajda się w przedsionku piekła… I szybko okaże się, że pojawienie się Des’a interesuje nie tylko Roberta. Nie rozumiejący zwyczajów, moralności, sposobu myślenia mieszkańców Kalkuty poeta będzie musiał zrewidować wiele ze swoich przekonań – jeśli tego nie zrobi śmiertelne niebezpieczeństwo zawiśnie nad jego rodziną…

Debiutancka powieść jednego z moich ulubionych Autorów jest z jednej strony typowym horrorem – i to horrorem klasy B, z drugiej strony zaś rodzajem moralitetu i wykładu o tym, jak trudno zrozumieć i zaakceptować kulturę opartą na zupełnie innym systemie wartości. Na plus niewątpliwie trzeba zaliczyć okropne, obrzydliwe wręcz – a przecież prawdziwe – opisy Kalkuty, miasta żebraków, slumsów, biedaków. Niemal namacalnie czuć kloaczny smród zaśmieconych ulic, niemal czuć upał i parne, monsunowe powietrze przesiąknięte wonią zgnilizny. Na plus trzeba zaliczyć fakt, że w zasadzie wszystkie wydarzenia jakie dotkną Roberta w czasie jego pobytu w Indiach można wytłumaczyć w sposób zupełnie naturalny. Zaś kult Kali został tutaj bardzo ciekawie – i zgodnie z prawdą – opisany… Znalazło się tutaj też trochę minusów. Przede wszystkim widać tutaj jeszcze nieporadność debiutanta w konstruowaniu wiarygodnych postaci. Bohaterowie są nieprzekonywujący, ciężko im kibicować czy polubić. Ton moralizatorski w jaki wpada tutaj Dan Simmons też czasami przekracza normę i zdaje się być nadmiernie rozbuchany. Ale tak naprawdę to nie przeszkadza aż tak bardzo w lekturze. Jak na debiut – wyszło naprawdę dobrze. I widać tutaj warsztat, który Dan Simmons rozwinie przecież aż do niesamowitego „Terroru”, bajecznego „Hyperiona” czy obłędnego wręcz „Drooda”… Polecam „Pieśń Bogini Kali” – chociaż lektura może być szokująca i okazać się zbyt trudna dla osób o wrażliwych żołądkach. Ale warto – chociażby po to by zobaczyć jak zaczynał prawdziwy Mistrz.

Leave a Reply