Agnieszka Bednarska  – pochodzi za Stargardu, mieszka w Wielkiej Brytanii. Z wykształcenia jest pedagogiem, absolwentką Uniwersytetu Szczecińskiego. Jest zodiakalnym Bykiem – uparta i silna. Patrzenie wstecz nie leży w jej naturze. Rozjuszona, bywa niebezpieczna. Jest uzależniona od audiobooków. Nie lubi mówić o sobie. Dotychczas ukazały się Jej trzy książki: Emigracja uczućWszystko przed nami oraz Płaczący chłopiec, a już teraz można kupić w przedsprzedaży Jej najnowszą powieść Dwa oblicza, wydaną przez Wydawnictwo Zaklęty Papier.

 

Agnieszko, wydałaś trzy powieści, w przygotowaniu czwarta, a my wciąż niewiele wiemy o Tobie, poza tym, że ukończyłaś Uniwersytet Szczeciński i od 2005 roku mieszkasz w Wielkiej Brytanii. Możesz powiedzieć kilka słów o sobie? Czym zajmujesz się na obczyźnie, kim są Twoi mistrzowie, co lubisz, czego nie cierpisz?

Zapewne dlatego niewiele o mnie wiadomo, gdyż nie lubię o sobie mówić. Mogę rozmawiać o mojej pracy nad książkami, o tym, co czytam i co chciałabym napisać. Mogę się czymś zachwycać, albo z kimś zacięcie dyskutować, lecz mówienie o sobie nie przychodzi miłatwo. A to dlatego, że jako człowiek jestem postacią pospolitą i nudną, słowo daję. Niczego szczególnego w życiu nie zrobiłam, nikomu nie uratowałam życia, nie dokonałam żadnego odkrycia. Nigdy nie dostałam za nic medalu, w żadnej dziedzinie nie byłam liderką, nie zarobiłam mnóstwa pieniędzy, ani nawet niczego nie wygrałam, nie jestem zatrważająco piękna, ani nieprzeciętnie inteligentna, więc o czym miałabym opowiadać?

Żeby jednak nie było tak smętnie, powiem, że mam kilka zalet. Na przykład taką, że jestem fajną mamą, wyrozumiałą i tolerancyjną. I świetną żoną, już dawno przekonałam o tym swojego męża.Mam rozwinięty zmysł estetyczny, lubię ładne rzeczy i miejsca, posiadam także głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości. W ogóle jestem wyluzowana i raczej przyjaźnie nastawiona do świata. Nie jestem pamiętliwa, jeśli chodzi o drobne urazy.

Jako zodiakalny Byk, twardo stąpam po ziemi, mam gruba skórę i niełatwo jest mnie zranić. Niemniej jednak kilku osobom się to udało i tego, na pewno nigdy im nie zapomnę. Lepiej, aby nie stawały na mojej drodze, bo rozjuszona, jestem niebezpieczna.

Uwielbiam pasjonatów, ludzi oddanych idei, lecz nie fanatyków. Jeśli człowiek gotów jest poświęcić się czemuś w co wierzy, ale bez krzywdzenia innych, w mojej hierarchii zasługuje na beatyfikację, jeszcze za życia. Lubię ludzi mądrych, elastycznych w swoich poglądach, lecz nie chwiejnych.Inteligentnych, rozumiejących aluzje i złośliwy humor. W ogóle uważam, że poczucie humoru jest cechą, dzięki której można się w życiu wygodnie urządzić, wiele sobie załatwić, daleko zajść i zdrowiej żyć. Nie znoszę malkontentów, nie mają szans na moją łaskawość.

Jeśli chciałbyś wiedzieć dokładnie kogo uważam za swojego mistrza, mogę odpowiedzieć jednym słowem, nikogo. Zapewne nie brzmi to ani skromnie, ani nie nadaje się do umieszczenia w wywiadzie, lecz taka jest właśnie prawda. Jest kilka osób, które podziwiam, głównie za niezłomność w dążeniu do celu, J.K. Rowling, S. Jobs, Z. Religa, czy J. Kopińska, albo za dystans do siebie i poczucie humoru, M. Czubaszek, K. Wojewódzki, W. Mann i K. Materna, za talent, Z. Miłoszewski, B. Minier, O. Tokarczuk, S. S. Montefiore. Podziwiam ludzi również za ich mądrość, za bezinteresowność i za dobroć, choć wielu z nich nie ma nazwiska. Są po prostu ich czyny, o których dowiaduję się z mediów, ich odkrycia, które służą światu. Nie umiałabym się zatem zdecydować, którą z tych wymienionych i niewymienionych osób nazwać swoim mistrzem, dlatego mówię, że go nie mam. Ale równie dobrze można powiedzieć, że każdy po trosze jest moim mistrzem.

Kiedy postanowiłaś, że będziesz pisać? Jak wyglądały twoje pierwsze próby pisarskie?

Do pisania pchnął mnie instynkt podobny temu, jaki pcha małe dzieci do zrobienia pierwszego kroku, jakaś nieuświadomiona siła, której nie można się oprzeć. Byłam wtedy naprawdę mała, nie znałam wielu książek, nie wiedziałam nic o pisarzach, robiłam mnóstwo błędów, ale postanowiłam napisać bajkę. Zrobiłam to, chociaż nikt nie docenił wtedy mojej pracy. Kolejne próby pisania pojawiły się około czternastego roku życia i wtedy, owszem trafiłam na grono czytelniczek, które złaknione mojej „twórczości”bardzo mnie zachęcały do dalszej pracy. Potem nastały lata zbierania doświadczeń, ale bez przelewania ich na papier, nigdy jednak nie porzuciłam tego pomysłu. Czasami mówiłam o tym, czasami tylko marzyłam, że pewnego dnia napisana przeze mnie książka stanie na półce w księgarni. I to marzenia spełniło się w 2012 roku, za sprawą „Emigracji uczuć”.

Twoje pierwsze dwie powieści – Emigracja uczuć i Wszystko przed nami – opowiadają o losach par, rozłączonych właśnie przez życie emigracji. Już w nich widać łatwość, z jaką żonglujesz uczuciami, od śmiechu do płaczu, od szczęścia do rozpaczy. Na ile przeżycia bohaterów tych powieści oparłaś na swoich przeżyciach, przygodach, przemyśleniach?

Istnieje taki pogląd, że pierwsza książka autora jest tą najbardziej osobistą i ja się z tym zgadzam. „Emigracja uczuć” i jej kontynuacja „Wszystko przed nami” to książki opowiadające losy żon i rodzin emigrantów. Byłam taką żoną, miałam wśród bliskich rodziny rozdzielone wskutek emigracji, czyli materiału do pracy aż nadto. Zaczerpnęłam z nich, zainspirowałam się. Myślę, że każda kobieta, która z emigracją się zetknęła, nawet nie bezpośrednio odnajdzie w tych książkach, coś co zna, czego doświadczyła, o czym wie, że jest prawdziwe. Te książki są jak wiele innych na świecie, to fikcja literacka wywodząca się z życia. Tylko Bóg umiał czerpać z niczego.

Wszystko przed nami kończy się sceną, która mogłaby otwierać kolejną powieść z tej serii. A jednak deklarujesz, że ciągu dalszego nie będzie? Czemu?

Nie interesuje mnie już ten temat. Zmieniłam się, mam nadzieję rozwinęłam i dopiero teraz wiem, czego chcę i w czym czuję się najlepiej. Nie sądzę, abym chciała kontynuować historię tamtych kobiet, chociaż… nigdy nie mów nigdy. Kto wie, może znowu się zmienię. Może wydarzy się coś takiego, co zainspiruje mnie do przedstawienia losów bohaterek po dziesięciu czy dwudziestu latach od chwili, gdy je opuściłam. Taka saga… a ja uwielbiam czytać sagi. A może postanowię się na kimś odegrać i nie będzie ku temu lepszego miejsca, niż opowieść o przyjaźni, która nie przetrwała próby czasu, o tchórzliwych kochankach i niedotrzymanych obietnicach?

Hmm… gdy tak o tym myślę…

Twoja trzecia powieść, Płaczący chłopiec, to przejmujące połączenie grozy i obyczaju. Tak samo nowa powieść, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Zaklęty Papier – Dwa oblicza. Czy trudno znaleźć wydawnictwo, które nie wystraszy się takiej właśnie mieszanki – grozy i obyczaju?

Trudno. Wydawcy lubią, gdy powieść można przyporządkować do konkretnego gatunku, taki towar łatwiej jest sprzedać, wiadomo na której półce w księgarni ma się znaleźć. Być może na własne nieszczęście postanowiłam złamać schemat trzymania się w ramach jednego gatunku. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że z natury jestem buntowniczką, nie lubię chodzić wytartymi ścieżkami. Jestem matką rewolucji, tylko bez rewolucji. Po drugie i już tak zupełnie poważnie, uważam, że książka, przede wszystkim ma być ciekawa. Czy jest stricte kryminałem, czy obyczajem, romansem, czy horrorem, nieważne. Nieważne też, ile gatunków ze sobą łączy. Dla czytelnika, więc również dla mnie liczy się to, jak się ją czyta. Czy mnie pasjonuje, czy myślę o niej, gdy muszę ją odłożyć, czy na długo ją zapamiętam? I właśnie tymi kategoriami kieruje się w swojej pracy. Piszę dla ludzi, chcę, aby po przeczytaniu tego, co napisałam powiedzieli „wow” i rozmawiali o tym, co przeżyli podczas czytania. Nie piszę dla badaczy literatury, którzy zanotują: „mieści się w ramach gatunku.”Historię powstania i wydania „Dwóch oblicz” opiszę osobno na swojej stronie, gdyż jest to historia bardzo zawiłej drogi do celu. Teraz powiem tylko tyle, że owszem, wydawcy się jej przestraszyli. Początkowo dwa duże wydawnictwa wyraziły chęć wydania „Dwóch oblicz” i przynajmniej dwa mniejsze. Byłam zachwycona i dumna, nawet nie marzyłam, że właśnie Oni się do mnie odezwą. Niestety, stopniowo wszyscy się wycofali, dlaczego? Zarzut pod adresem tej książki był jeden „nie wiemy, jak ją zakwalifikować, więc nie wiemy jak ją sprzedać”. I poszli sobie.

Ale ja wiedziałam, to dobra powieść. I tego się trzymałam. Zaczęłam pisanie kolejnej, a „Dwa oblicza” musiały zaczekać, aż na rynek wkroczy ktoś odważniejszy od starych wyżeraczy, ktoś kto nie boi się wyzwań i wierzy, że dobra opowieść jest wystarczającym argumentem do tego, aby ją wydać. No i ktoś taki się pojawił. Młodzi, prężni pasjonaci, nieuwikłani w konwenanse, Wydawnictwo Zaklęty Papier.

Nie bałaś się powierzyć swojej powieści debiutantom na rynku? Oczywiście – ściskam kciuki za Zaklęty Papier, kibicuję mocno, ale rynek wydawniczy w Polsce to dalej trochę przysłowiowa dżungla jest.

Owszem, początkowo się zawahałam. To naturalne, że nie powierzamy swojego dziecka opiece obcych, a każda książka jest dla autora dzieckiem, każdy wydawca natomiast jej opiekunem. Z drugiej jednak strony czułam, że właśnie na kogoś takiego czekałam. Na świeżą krew, na ludzi dla których znaczenie ma przede wszystkim opowieść, a nie to w jaki sposób ją zakwalifikują. Pragnęłam spotkać wydawcę nie będącego jedynie adresem mailowym, lecz człowiekiem z którym da się porozmawiać, coś uzgodnić, który będzie szanował mój czas i pracę. Na takiego, który nie przestraszy się wyzwania, jak to zrobili inni, lecz uwierzy, że czytelnicy lubią odmianę i świeży powiew czegoś, co niekoniecznie mieści się w szablonie, w utartej formie, jaką serwuje się im od lat. Moim warunkiem było jednak, aby nowy Wydawca był rzetelny, profesjonalny i nie szedł w ilość, lecz w jakość tekstu. Aby nie oszczędzał na korekcie i redakcji, aby zainwestował w grafikę i jakość okładki. Zaklęty Papier okazał się właśnie taki. To wydawnictwo tworzą ludzie, którzy wiedzą czego chcą, a to, moim zdaniem połowa sukcesu każdego przedsięwzięcia. Uwierzyłam w Zaklęty Papier, tak samo, jak wierzę w siebie i moją pracę, więc właściwie nie było argumentu przemawiającego za odrzuceniem ich oferty. Myślę, że wiele nas ze sobą łączy, jesteśmy na podobnym etapie rozwoju i zmierzamy w tym samym kierunku.

Poza tym, pracowałam już z wydawnictwami będącymi na rynku od lat i niestety niewiele dobrego mogę o tej współpracy powiedzieć. Tym razem jest inaczej. Niezależnie od tego, jakie wyniki sprzedaży osiągniemy, współpracuje się nam bardzo dobrze.

Nie zastanawiałaś się, a może próbowałaś, wydawać swoje powieści w Wielkiej Brytanii? W końcu mieszkasz tam od 12 chyba lat?  Czy rynek wydawniczy tam jest dojrzalszy, bardziej rozwinięty?

Wydanie książki za granicą jest kolejnym etapem rozwoju, jaki zamierzam osiągnąć. Nie jest to zapewne łatwe, acz wierzę, że możliwe. Nie interesuje mnie jednak wydanie dla samego wydania, ja pragnę wydawniczego sukcesu. A aby go osiągnąć muszę najpierw zapuścić macki w rynek krajowy, zaprzyjaźnić się z polskim czytelnikiem, wysłuchać jego opinii, wyciągnąć wnioski z krytyki, dopracować warsztat. Aby móc spijać śmietankę, trzeba ją najpierw ubić, nie szczędząc na to sił.

Rynek wydawniczy w Wielkiej Brytanii w przeważającej części zajęty jest przez autorów rodzimych. Tu chwalą swoje, zupełnie inaczej niż w Polsce. Jeśli nie jest się autorem o międzynarodowej sławie, bardzo trudno jest się wcisnąć na półki angielskich księgarń. My, Polacy mamy tendencję do zachwycania się tym, co obce, myślę, że wynika to z kompleksów. Na szczęście sytuacja ulega poprawie i coraz częściej zaczynamy doceniać samych siebie, ale wiele wody jeszcze upłynie, zanim nauczymy się to robić tak jak robią to inne kraje.

Świadomie piszę, że Twoje książki to powieści grozy, a nie horrory, bowiem Twoje powieści nie epatują krwią, brutalnością, a strach w nich jest raczej na poziomie psychologicznym, na poziomie podświadomości. Skąd pomysły na takie właśnie połączenie?

Już kiedyś pisałam, że wymyśliłam dla swojej prozy nazwę gatunku, literatura lekkiej grozy. Jeśli już koniecznie trzeba jakoś ją zakwalifikować, to literatura lekkiej grozy będzie miejscem najwłaściwszym.

Taki wybór tematów, czyli podświadomy strach, różnego rodzaju lęki, pytania o życie pozagrobowe, o to, co oferuje nam wszechświat prócz „tu i teraz”, o wnętrze człowieka, jego słabości, ale również często nieuświadomioną siłę, o dobro i zło tkwiące po stronie życia i po stronie śmierci…to wszystko, o co pytam w swoich książkach wynika z tego nad czym sama się zastanawiam. Każdy z nas nosi w sobie wiele pytań na które nie zna odpowiedzi, ja tez ich nie znam, ale postanowiłam wysnuć przypuszczenia. Różne, nie zawsze zgodne z tymi, jakie mam naprawdę, ale ponieważ niczego w życiu nie wykluczam, wszystkie biorę za możliwe.

Piszę o rzeczach o jakich częściej myślimy i jakie przeżywamy wewnątrz siebie, a nie o tych o jakich możemy usłyszeć w wiadomościach, czy zobaczyć w serialach. Podejrzewam czasami, że mogę mieć w sobie coś z medium, że mam wyostrzone pewne zmysły, które u innych są uśpione. I właśnie swoją twórczością chciałabym zagrać na tych strunach czytelnika, na jakich jeszcze nikt nie grał. Czy mu się to spodoba?

W Twojej twórczości wyraźnie widać postęp. Z książki na książkę jesteś coraz lepsza, coraz łatwiej przychodzi Ci snucie opowieści, ma się wrażenie, że Twoje historie, pełne dygresji, wątków, żyją własnym życiem, a Ty tylko rzucasz na nie światło. Jak wygląda twoje pisanie? Ile czasu poświęcasz na pracę nad powieścią?

Piszę bardzo powoli, dużo kreślę, często wracam, zmieniam wątki. Przede wszystkim bardzo dużo myślę, nawet nie tyle o tym, co chcę napisać, ale o tym, co już napisałam. Zastanawiam się, czytam i znowu kreślę. Czasami potrafię siedzieć pół godziny nad jednym zdaniem, w kółko przestawiając szyk wyrazów, aż w końcu uznam, że powiedziałam dokładnie to, co powiedzieć chciałam. Praca nad jedną książką zajmuje mi średnio rok, nie licząc drugiej, która napisałam w rekordowym tempie trzech miesięcy i tej nad którą pracuję obecnie, nad którą siedzę już szesnaście miesięcy. Wynika to nie tylko z tego, że jestem skrupulatna, zanim zacznę pisać i w trakcie sięgam po materiały, by zgłębić zagadnienie, ale głównie z tego, że w ciągu dnia nie mam czasu na pisanie. Zajmują mnie inne przyziemne sprawy, z których nie mogę się wymigać, choć nieustannie próbuję. Pisze głównie nocami i to tylko wtedy, gdy nie powala mnie zmęczenie. Ale walczę, lepsze czasy jeszcze nadejdą. Dzieci się usamodzielnią, książki zaczną na mnie zarabiać, mąż… mąż jeśli będzie działał tak jak dotychczas, to będzie dobrze.

Doskonale sprawdzasz  się w bardzo krótkich formach – stu słówkach – a czy piszesz opowiadania? Czy gdzieś można je przeczytać?

Krótkie formy to nie jest to, co potrafię robić dobrze. Owszem wzięłam udział w konkursie stu słówek i dziękuję, że oceniłeś moją pracę pozytywnie, ale kosztowało mnie to tyle samo wysiłku, co przekopanie pola. Te opowiadania nie polegały właściwie na pisaniu, co na skreślaniu. Początkowo miały pewnie z tysiąc słów, a potem zaczęła się rzeź. Zawsze tak miałam, wypracowania szkolne nigdy nie miały końca, gdyż brakowało mi czasu na ich dokończenie, a listy do mojego chłopaka, które słałam mu do wojska musiałam wkładać do dwóch, lub trzech kopert, bo w jednej się nie mieściły. Jakoś nie umiem zawrzeć swoich myśli w kilku tysiącach znaków ze spacjami.

 Zdecydowanie bardziej wolę długie formy. Marzę o napisaniu sagi, ale to nieprędko, jeszcze do tego dojrzewam.

Wiem (bo czytałem), że masz gotową następną powieść – bardzo dobrą i poruszającą. Czy ją także wyda Wydawnictwo Zaklęty Papier? Były już jakieś rozmowy (jeśli to nie tajemnica)?

Powiem więcej, mam gotowe prawie dwie książki. W przyszłym roku ukaże się powieść, do napisania której zainspirowały mnie wykłady profesora Jana Talara, wybitnej osobowości w świecie neurochirurgów, prekursora metod wybudzania ze śpiączki, autsajdera negującego pojęcie śmierci mózgowej, niemalże wskrzeszającego „zmarłych”. To czego dokonał Profesor sprawiło, że moje myśli nie chciały go opuścić i w ten właśnie sposób powstała historia nie bezpośrednio z Profesorem związana, ale zainspirowana Jego pracą. Oczywiście oddałam tę książkę w czułe ręce Zaklętego Papieru, bo tak jak oni wierzą we mnie, tak samo ja wierzę w nich.

I ostatnie pytanie – nad czym pracujesz teraz? Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Z przyjemnością opowiem nad czym teraz pracuję, bo zanim skończę pisanie i tak każdy z Was zapomni, co powiedziałam 😊. Nowa książka nosi tytuł „Piętno Katriny”, a Katrina to huragan, który nawiedził Stany Zjednoczone w 2005 roku, powodując ogromne zniszczenia i wiele ofiar śmiertelnych. W pewnym małym miasteczku w Luizjanie, w otoczeniu bagien, gdzie podczas huraganu pomoc nie dotarła, ludzie do dnia dzisiejszego noszą w sobie piętno Katriny. Wszyscy otarli się o śmierć, wielu straciło bliskich, nie każdy się z tym pogodził. Nawet nie każdy, kto wtedy zginął się z tym pogodził. I w tym mieście spotykają się ludzie „z zewnątrz”, pani psycholog, która porzuciła swoją pracę, jej mąż terapeuta i dziewczyna bez przeszłości. Jest też dziecko, utalentowane i niezwykłe. Są chciwi ludzie, których zachłanność doprowadziła do zguby, są światy i zaświaty, czyli to, co lubię.

Nie mogę powiedzieć więcej, bo przecież jeszcze wszystko może się zmienić.

Bardzo dziękuję, że to mnie zechciałeś uczynić bohaterką tej rozmowy. Dziękuje wszystkim, którzy poświęcili swój czas, aby ją przeczytać, a już najbardziej tym z Was, którzy sięgną po moje książki. To Wy, Czytelnicy nadajecie sens temu co robię. Nie ma Was, nie ma mnie.

Dziękuję Ci bardzo i w imieniu swoim i Czytelników życzę wielu nowych, pasjonujących historii, które nam opowiesz.

 

Książkę „Dwa oblicza” w przedsprzedaży możecie kupić tutaj:

 

Leave a Reply